FILTR WYDARZEŃ
Kategorie:
| Wieści z Ratusza | Sport | Biznes |
| Kultura, rozrywka | Kościół | Rozmaitości |
WYDARZENIA » Rozmaitości
zobacz komentarze
Ludzie z pasją. Marek z Płocka wyruszył z cebulą dookoła świata
Dwa miesiące temu 28-letni płocczanin poczuł, że ma dość. Dość życia w rytmie: praca-dom-praca. Rzucił dobrą posadę, kupił wygodne buty i wyruszył w samotną podróż dookoła świata. - Jak spełniać marzenia, to spełniać na całego - zatrzeszczał jego głos w mikrofonie Skype’a. Prosto z północnych krańców Norwegii.
Markowi Siedleckiemu samo marzenie się znudziło. Od dwóch miesięcy mgliste wizje o potrzebie podróżowania i poznawania nowych ludzi, kultur, obyczajowości, moczeniu nóg w różnych wodach, wciela w czyn. I to za jednym zamachem, bo w podróży dookoła świata.
„Wycieczka” „wariata”
Tak mówią o nim znajomi i przyjaciele. Wielu pukało się w głowę: - Dookoła świata? Przecież nie masz pieniędzy, nie masz przygotowania, nigdy nie byłeś nawet na obozie survivalowym, pasja pasją, a zdrowy rozsądek to zdrowy rozsądek - mówili.
- To prawda, nawet w harcerstwie nie byłem, stopem jechałem ze trzy razy w życiu i to do Grabiny. O, a jeszcze przez tydzień byłem zuchem - żartuje Marek. - Tylko rodzina bardzo mnie wspierała, choć gdy ich poinformowałem o swoich planach, też oczywiście doznali szoku totalnego.
Opuścił Polskę 21 maja. Z Markiem rozmawialiśmy przez Skype’a, przebywał na północnym krańcu Europy - w Nordkapp. U Norwegów, u których mieszka od dwóch tygodni, w zamian za nocleg i wyżywienie remontuje taras. Deszcz, wiatr i 4 stopnie powyżej zera. Pod dom, w którym się zatrzymał, podchodziły właśnie...renifery.
Drogę do Nordkapp częściowo przebył autostopem, resztę - na pieszo. - Nie chciałem iść ścieżką turystyczną, więc wybrałem trasę „na skróty”, czyli przez wzgórza. Teraz wiem, jak to ze skrótami bywa - śmieje się. Szedł kilka godzin, z niemal 30-kilogramowym plecakiem, w ulewie, po skalistych wzgórzach. - Przez pięć godzin udawało mi się przejść jakieś 5 kilometrów, a poza parówkami, 6 kromkami chleba i cebulą oczywiście nie miałem żadnego jedzenia. Więc szedłem głodny - mówi po prostu.
Marzenia kontra cała reszta
- O podróżach marzyłem od dziecka, od kiedy pamiętam swoje myśli, pragnąłem poznawać nowe miejsca, obce kultury - mówi Marek. - Nie interesowały mnie jednak wycieczki zorganizowane, atrakcje turystyczne, w marzeniach zazwyczaj omijałem szerokim łukiem muzea i zabytki, chciałem się po prostu powłóczyć po świecie, pragnąłem drogi i poznania. Takiego soczystego poznania. Nie z folderu.
Takie były głęboko ukryte marzenia Marka. A na powierzchni codzienność jak zwykle - matura w Jagiellonce, potem marketing i zarządzanie w Łodzi, praca w warszawskiej firmie.- Nigdy nic w kierunku swoich marzeń nie robiłem, czasem w wakacje udało się wyskoczyć na Ukrainę czy w polskie góry, ale to wszystko - przyznaje.
Pracował w Warszawie jako specjalista do spraw kluczowych klientów. - Praca przedstawiciela handlowego niespecjalnie mnie kręciła. Żyłem jak wiele osób teraz: ponad 10 godzin w pracy, którą niezbyt lubiłem, pędem do domu, coś zjeść, jeszcze trochę popracować z nadzieją, że dzięki temu następnego dnia będzie mniej, i spać, bo przecież rano trzeba wstać. I tak w kółko. Bezrefleksyjnie, bo tak trzeba, bo ten kierat to przecież „normalne” życie.
Łup! Olśnienie!
Początek lutego. Jechał do pracy, jak zwykle, 40 minut w jedną stronę. Gapił się na ludzi w pociągu, też jak zwykle. I nagle ich zobaczył: smutne, zapracowane mrówki, do pracy na 10 godzin, do domu, zarobić, wydać. I on wśród nich taki sam - zmęczony, zapracowany, ze zgubionym sensem tego codziennego rytmu. - Przez 28 lat miałem tylko mgliste marzenia, w ciągu pół godziny tej podróży postanowiłem: rzucam pracę i jadę w podróż dookoła świata.
Przez następnych pięć godzin obmyślał swój plan. Nie mylić z zastanawiał się, bo decyzja została podjęta: oto Marek Siedlecki zamierza spełnić swoje marzenia. Tego samego dnia złożył wymówienie. - To najlepszy czas: nie założyłem jeszcze rodziny, nie mam kredytu na mieszkanie ani żadnych tego typu zobowiązań, nie lubię swojej pracy.
Potem popracował jeszcze miesiąc, bo tak przewidywała umowa z pracodawcą, a przez kolejny miesiąc z okładem szykował się do drogi. - Musiałem dużo czasu spędzić nad wyborem odpowiedniego sprzętu czy ubrań - nie tylko miały być to rzeczy lekkie, ciepłe i wygodne - przede wszystkim musiały być trwałe, w końcu mają mi starczyć na całe 2 lata! - opowiada Marek. - Najwięcej zachodu kosztowało mnie kupno butów. Kilka nocy surfowałem po sieci, przeglądałem fora, oferty sklepów. Potem okazało się, że cały ten czas straciłem, bo gdy udałem się z miną znawcy do sklepu, mając wszystkie cechy moich wyśnionych butów obcykane, okazało się, że w warszawskich sklepach nie ma rozmiaru 49. Musiałem zmienić kryterium wyszukiwania - śmieje się. W Płocku nie dostał nawet sznurowadeł do butów. - Jak pytałem w płockim sklepie sportowym o specjalne, bardzo wytrzymałe sznurowadła, facet patrzył na mnie, jakbym chciał kupić w sportowym mięso - żartuje podróżnik. Wniosek dla sklepów: nie mają asortymentu potrzebnego do wyprawy dookoła świata!
Niewiadome kręci najbardziej
- Nie mam konkretnego planu, jakiś tam zarys podróży rzecz jasna jest, ale wiem, że może się zmienić nagle i nieoczekiwanie. To najbardziej podniecające!
W swych wojażach spełnia się na 100 procent. - Odkrywam siebie w sobie, poznaję świat i siebie w świecie i to często w rzeczywistości diametralnie różnej od tej, którą znałem - wyznaje. -Nie chodzi o wolność, nie chodzi o to, że nie muszę pracować - tłumaczy. - Zresztą tu też przecież pracuję, tylko inaczej, teraz na przykład aż trudno mi utrzymać słuchawkę w ręku, tak mnie palce bolą od specyficznego trzymania pędzla. Jako typowy mieszczuch nie jestem przyzwyczajony do ciężkiej fizycznej pracy. Często nie jest lekko, właściwie w większości jest cholernie ciężko, ale tak ma być - to jest szczęście. Jak wiesz, że przed tobą 40 km o głodzie i chłodzie, w deszczu, a potem w namiocie w tych samych okolicznościach przyrody... Aż tu nagle zatrzymuje się jakiś mieszkaniec tych terenów, który nie dość, że cię podwiezie te 40 km, to jeszcze obiad ugotuje i łóżko jakieś czy materac wynajdzie u siebie w domu, to wyobraź sobie to uczucie, bezgraniczne szczęście - śmieje się.
Najtańsze parówki i cebula a zagadnienie pełni szczęścia
Namiętnie zajada się cebulą, bo ma wiele witamin. W plecaku obowiązkowo musi być trochę chleba i paczka parówek, tych najtańszych, bo z kasą krucho.
- Byłem przyzwyczajony do dobrego życia, teraz wiem, że nie potrzebuję mieć kilkunastu par spodni, że można żyć skromniej a pełniej. Czuję się świetnie, cudownie, spełniam marzenie i to smakuje bosko! Ani razu nie zdarzyło mi się jeszcze zatęsknić za dawnym życiem. No może raz - nie miałem się z kim napić wódki lodowatego wieczoru i zwyczajnie po polsku ponarzekać - przyznaje Marek ze śmiechem.
A z Norwegami nie można? - Oni po kilku kieliszkach padają jak muchy, a Polak to Polak – smieje się podróżnik i opowiada dalej: - Ciało jest zawodne, zdaję sobie z tego sprawę, ale to nie jest czynnik, który mógłby mnie powstrzymać. Dbam o siebie, nie forsuję się, po każdych 10 km robię niecałą godzinę odpoczynku. A jednocześnie testuję siebie, ile mogę znieść, jak bardzo jestem wytrzymały.
Kiedy szedł z Kłajpedy, uszkodził kostkę - spuchła jak balon po 25 kilometrach z obciążeniem plecaka nie mógł dalej iść, więc zatrzymał się w Palandze na 6 dni, żeby ją trochę wykurować.
Oszczędności ma niewiele, więc podróżuje autostopem i na pieszo. Ze spaniem też jest różnie: raz śpi u napotkanych podczas drogi ludzi, często w namiocie pod gołym niebem. Cały czas szuka sponsorów, bo chociaż pracuje i czasem pracodawca sypnie też żywym poza daniem dachu nad głową i jedzenia, nie zarobi na ważniejsze przeloty. Jako pierwsza pomogła firma, z której się zwolnił. - Starczyło na start - wyznaje Marek. -Dzięki tym pieniądzom zaopatrzyłem się w potrzebny sprzęt, opłaciłem ubezpieczenie zdrowotne na rok, zaszczepiłem się przeciw chorobom tropikalnym
Aby przyciągnąć uwagę i portfele potencjalnych sponsorów, wymyślił nawet hasło marketingowe: „ 1 człowiek, 5 kontynentów, 50 państw, 500 dni”. - Może się ktoś zainteresuje moim dziwnym projektem... - marzy Marek.
Z poezją w plecaku
Co się bierze ze sobą w podróż dookoła świata? Marek zdradził plockowi, co ma w plecaku: namiot, śpiwór, klapki, maszynkę do golenia, GPS, który dostał w prezencie przed wyjazdem i dzięki temu nie musi w każdym państwie wydawać paru euro na nowe mapy, kilka najpotrzebniejszych ciuchów, jedzenie, wodę, kosmetyczkę, kurtkę przeciwdeszczową, kuchenkę, menażkę, aparat fotograficzny, dokumenty i... „Antologię ody polskiej” z serii wydawanej przez Bibliotekę Narodową. - Książkę, nawet najukochańszą, przeczyta się ile? Dwa, trzy razy pod rząd? A w wierszach zawsze można odnaleźć coś nowego, coś, co się wcześniej przeoczyło - wyjaśnia podróżnik. - A poza tym to wydanie ma dużo treści, a mały rozmiar, a to dla moich barków podstawowe kryterium.
Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie, czyli podróżne stosunki interpersonalne
Czy się nie boi? - Tylko idioci się nie boją, ale staram się pozytywnie podchodzić do wszystkich i wszystkiego, mając nadzieję, że jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. Przez dwa miesiące swej podróży nie spotkał się z choćby cieniem niechęci innych, nie mówiąc o wrogości czy agresji.
- Naprawdę, ludzie nie są tacy źli, jak nam to stara się wmówić telewizja - uspokaja. Na potwierdzenie opowiada historię: -Któregoś dnia na Łotwie próbowałem przez kilkadziesiąt minut złapać stopa, ale wyjątkowo mi nie szło. Zacząłem więc uprawiać zaklinanie rzeczywistości - mówi ze śmiechem. - Powtarzałem: „podjedzie piękna blondynka superfurą, podjedzie piękna blondynka superfurą, podjedzie...”. Po 15 minutach zatrzymał się przy mnie nowoczesny wóz z niczego sobie blondynką za kółkiem. Miala na imię Vija i mówiła tylko po rosyjsku, ale taką mieszanką polsko-rosyjsko-angielsko-niemiecką gadaliśmy jak najęci. Opowiadałem jej na przykład, że zamierzam spać na plaży. Jakoś to zrozumiała i dzwoni do swojej kuzynki, coś jej mówi i podaje mi telefon. Kuzynka po angielsku przekazała mi, że Vija proponuje mi gościnę. Poznałem jej męża i dzieci, a potem dostałem klucze do ich mieszkania! Rozumiesz, dali klucze obcemu człowiekowi! - ekscytuje się Marek. Podobnych sytuacji było więcej. Estońskie małżeństwo zostawiło mu na tydzień swój apartament, bo wyjeżdżali akurat na wczasy do Portugalii. - To jest niesamowite uczucie - mówi Marek. Z fińskimi studentami historii przegadał całą noc. - Do rana z zacietrzewieniem debatowaliśmy o historii II wojny światowej, parę razy krew we mnie zawrzała, gdy usłyszałem, jak to z winy Polski wybuchła wojna. Ale spokojnie, spokojnie, już im wszystko wytłumaczyłem - opowiada ze śmiechem.
Po całym świecie tylko Polska, nie ma innej opcji
- Przerwałbym podróż tylko wówczas, gdyby - odpukać - coś złego działo się moim bliskim - deklaruje Marek. - Wtedy rzucam wszystko , pędzę na najbliższe lotnisko i jestem w Polsce.
Jak widzi siebie po tych dwóch latach podróży? - Bardzo normalnie: praca, rodzina, dom, zdecydowanie w Polsce. Nie mógłbym mieszkać gdziekolwiek indziej, kocham ten kraj, ten naród, jestem bardzo rodzinny - zwierza się plockowi światowy patriota. Po powrocie myśli o własnym biznesie, na razie za wcześnie jednak by móc coś bliżej o tych planach powiedzieć: - Jestem na samym początku tej przygody, przebyłem dopiero 3 400 kilometrów - mówi Marek. - A Europa to w ogóle wycieczka jest - dodaje ze śmiechem. - Prawdziwa podróż zacznie się poza nią!
Małgorzata Rostowska, fot. Marek Siedlecki
27-07-2010r. Autor: Małgorzata Rostowska
źródło:
Komentarze do artykułu
dodaj komentarz »
dodaj komentarz »
| Dodaj do: |
| Wykop |
|
|
| Blip |
| Flaker | Śledzik |




0-24 366 63 60
0 519 058 288




